5 zupełnie durnych rzeczy, w które wierzyłam w dzieciństwie

To nie będzie tekst o tym, że wierzyłam że dobro zawsze zwycięża, że miłość jest wieczna, że wystarczy się modlić a na świecie zapanuje pokój. Nie dlatego, że w to nie wierzyłam, to po prostu zupełnie inna historia.

W jakie durnoty więc wierzyłam? Proszę bardzo, dziś bez gry wstępnej:

1. Kot to żona psa.

Dlaczego? Nie mam pojęcia. Jakoś nie docierało do mnie, że kot i pies to odrębne gatunki. Dziecko ogląda świat ze swojej perspektywy i na podstawie swoich doświadczeń buduje sobie obraz świata i pewnych prawidłowości. Jest więc mama i tata. Tata jest większy, mama jest mniejsza. Tata jest inny niż mama. Tyle mam na swoje wytłumaczenie.
Czy jest na sali ktoś, kto wierzył, że kot to żona psa? Odezwijcie się, założymy grupę wsparcia;).

 

2. Człowiek umierając rozkłada ręce i upada.

W innym przypadku się nie liczy. Nie da się umrzeć inaczej. Warunkiem koniecznym jest rozłożenie rąk i padnięcie na glebę, najlepiej na twarz. Można też padać na łożko, jeśli nie ma innego wyjścia. Takie rozwiązanie też musiałam dopuścić po tym, jak, podsłuchawszy rozmowę dorosłych dowiedziałam się, że ktoś „zmarł w łóżku”. Czyli rozłożył ręce i pacnął na nie (na to wspomniane łożko). Tak właśnie wyobrażałam sobie moment człowieczej śmierci.
Wyjaśnienie tego jest znacznie prostsze – moje dzieciństwo przypadło na czas, kiedy „Czterej Pancerni i pies” byli jedną z nielicznych rzeczy, którą dało się oglądać, a motyw martyrologii i wojny był mocno eksploatowany, stąd pewnie taki a nie inny obraz ludzkiego końca.
Ktoś jeszcze….?

 

3. Piosenka „Ada, to nie wypada” jest o mnie.

No co w tym dziwnego, że Sława Przybylska śpiewa o mnie piosenkę? Nic a nic, normalka. Ponieważ iTunes-y nie śniły się jeszcze wtedy największym filozofom, tata puszczał płyty winylowe i na jednej z nich była o mnie piosenka, wielka rzecz.
Jako że mam na imię Adriana, a rodzice nazywali mnie Adą lub Adunią, a cały mój świat kręcił się wokół mnie, bo to ja byłam jego centrum, naturalną rzeczą było takie, a nie inne postrzeganie rzeczywistości. Wspomnę też, że w piosence pojawiało się nawet imię i nazwisko mojej mamy – zabijcie mnie, a nie powiem Wam, gdzie!
Kiedy dowiedziałam się , że to nie o mnie piosenka, mój świat runął (na chwilę) i to wtedy właśnie , myślę, zostały położone podwaliny pod moje późniejsze zainteresowanie dekonstrukcjonizmem;).

 

4. W radiu mieszka pani w białej sukni i pan we fraku.

Kiedyś na świecie było więcej magii, co? Wyobraźnia była czymś, czego używaliśmy nieustannie. Staram się też tak wychowywać moje dziecko, żeby patyk mógł być wszystkim, a sterta kamieni mogła posłużyć do świetnej zabawy (nie zawiadamiajcie Towarzystwa Przyjaciół Dzieci ani prokuratury, Lego też ma).
A radio to była już magia level hard! (Do dziś nie wiem, jak ono działa. Było w moim życiu kilku mężczyzn, którzy próbowali mi to wyjaśnić, żaden z tych związków nie przetrwał).
Więc radio. Że gada, to raz. Że świeci, to dwa. Pamiętacie takie radia? Z tyłu miały przyczepioną dyktę z regularnymi dziurkami, przez które, gdy zgasiło się lampę tak bajkowo na ścianę padały odblaski światełek. A że ktoś tam gadał, to musiał ktoś tam być. Próbowałam zaglądać przez te dziurki, ale nie udało mi się zobaczyć tej pani w koku, w białej, długiej sukni, która stoi przed mikrofonem i do niego mówi. Ani pana we fraku i z muszką, który czasem ją zastępuje.
Kiedyś zdecydowałam się zbadać sprawę dogłębnie, zakradłam się i odczepiłam dyktę w jednym rogu, by zajrzeć do środka. Pani akurat nie było. Ani pana. Martwy pająk był, pewnie w zastępstwie.

 

5. Moja mama pracuje z Szopenem (tak, tym Szopenem, pisanym czasem „Chopin”).

Teraz najlepsze. Niektórzy pamiętają, że kiedyś telewizja wyglądała inaczej. Nie chodzi mi tu o ilość gołych tyłków i cycków, ale o to, że były dwa programy. I że czasami w telewizorze nie było nic, tylko zdjęcie pomnika Szopena i muzyczka – tam da dam, ta da da da da da dam, tadam – jakoś tak. To raz.
A dwa, że moja mama pracowała jako księgowa w restauracji „Regionalna”, która była filią czy coś takiego restauracji mieszczącej się w  miejscowości Duszniki Zdrój. A w Dusznikach odbywał się Międzynarodowy Festiwal Chopinowski.
No i jesteśmy w domu.
W mojej małej głowie się to jakoś sprytnie ponakładało, połączyło i bum! Pewnego razu nieźle rąbneło…
Pani w szkole pokazała nam zdjęcie pomnika Chopina (Szopena?) i zapytała: Dzieci, kto zna tego pana? Kto wie, kto to jest? Dzieci milczały jak zaklęte patrząc na te wierzby, nie-wierzby i chłopa pośród nich, ale ja, na szczęście, wiedziałam! Wiedziałam, wiedziałam! Wiec powiedziałam, że to pan, który pracuje z moją mamą. Możecie sobie wyobrazić, co było dalej. Pani, że nie, ja – że tak. Uparcie, bo przecież wiem. Wkurw (że tak powiem nieelegancko) pani, wycie dziecka (czyli moje), któremu zarzuca się kłamstwo. Skończyło się wezwaniem mamy do szkoły, drogą korespondencyjną („Pani…. Proszę o pilne przybycie, ponieważ Pani córka uparcie utrzymuje, że pracuje Pani z F. Szopenem. Ponieważ dziecko nie chce się z tego wycofać, trudno mi w tych warunkach prowadzić lekcje”).
Ponieważ w dzieciństwie zmyślałam często i namiętnie (teraz robię to już tylko namiętnie), ta jedna z nielicznych sytuacji, kiedy powiedziałam prawdę a zarzucono mi kłamstwo, bardzo mnie zabolała.
Gdyby w tym czasie na świecie popularni byli terapeuci, pewnie zmarnowabym dzieciństwo leżąc na kozetce, a tak – mogłam dalej przewodzić swojej bandzie, nawalać się kamieniami z chłopakami, uciekać siostrom Leśniewskim, wspinać się po żelbetach, chodzić z Agnieszką po osiedlu mówiąc wszystkim „Trzy Bobry” (zamiast dzień dobry, ależ to była frajda) i dalej zmyślać, ile wlezie… I cieszyć się tym, co zawsze – nie tylko w dzieciństwie, najcenniejsze – wyobraźnią. Bez ograniczeń, prawie.

xxx
Adriana

PS. Na pewno macie jakieś śmieszne historie z dzieciństwa, podzielcie się:)

PS2 Zdjęcie zrobiła nasza ulubiona Magda.

Adriana i Anita

Uwielbiamy dobre jedzenie, podróże, dobre książki, kochamy drzemki, Leszka Możdżera, siedzenie pod jabłonią przy herbacie i tarcie z borówkami - jeszcze lepiej, jeśli trafi się Pavlova :)