Czary mary w codziennym życiu: weszłam do filharmonii a wylądowałam…

… na Sylwestrze z Polsatem – w listopadzie!

Jeśli myślisz, że ten tekst to instruktaż świetnej metody teleportacji, zawracaj, to nie o tym, niestety. Nie piszę też o sile ludzkiej wyobraźni, ani o mocy ducha ludzkiego – raczej o jego upadku.
Przyznam się też od razu, że z polsatowskim sylwestrem może odrobinę przesadziłam- nie było wszak fajerwerków. Być może będą następnym razem… Cóż – ja z pewnością tego nie zobaczę.

Kocham muzykę, w filharmonii tym razem   jednak znalazłam się wbrew swojej woli, kierowana głuchą i ślepą podobno miłością matczyną. Matczyne serce co prawda wiedziało, na podstawie doświadczenia sprzed kilku lat, co nas może spotkać na poranku dla dzieci, postanowiło jednak zaryzykować. Niesłusznie.
Było tak samo jak wtedy, albo nawet jeszcze gorzej. Te same panie, te same skoki, te same piskliwe głosiki, ten sam afektowany ton, ten sam brak treści. I do tego muzyka, która broniła się sama. Nie trzeba było nic więcej. Niestety, były to jedynie TRZY piękne utwory zagrane przez świetnych zresztą muzyków. Trzy.
Piętnaście minut muzyki, czterdzieści pięć minut cała reszta: skoki, wygibasy, srebrne bluzki, skaczące cycki, wdzięczenie się jak pies do kija, tańce kojarzące się ze schyłkową Ofelią, tania teatralność.
Stwierdziłam, że lepiej byłoby dziecku puścić „Małych Einsteinów”, która to bajka zresztą stanowiła inspirację przy tworzeniu scenariusza, a zaoszczędzone pieniądze wydać na kolejną książkę czy małe Lego. Dziecko lepiej by się bawiło, dostałoby więcej interesujących treści a mi zostałyby oszczędzone momenty zażenowania, kiedy miałam ochotę schować się pod fotel, by na to po prostu nie patrzeć.

Po co chodzicie do filharmonii? Ja – żeby posłuchać muzyki, jak większość ludzi pewnie. Burzy się we mnie krew kiedy w przybytku kultury wysokiej ktoś funduje mi tego rodzaju widowisko. Mi, jak mi, jestem ukształtowaną osobą i jakoś (ledwie) to zniosę, ale dlaczego ktoś to funduje naszym dzieciom?
Mylą się ci, którzy twierdzą, że „dzieci trzeba zachęcić” by polubiły muzykę klasyczną i że to dobry sposób. To sposób najgorszy z możliwych – jeśli przyzwyczaimy nasze dzieci do tego, że tak wygląda filharmonia, gdy zetkną się z prawdziwym koncertem niekoniecznie to polubią i niekoniecznie w przyszłości zostaną klientami tej instytucji. Bo nie będzie skaczących pań, tanich żarcików, toreb od sponsorów, gadania o niczym ku uciesze gawiedzi, a będzie sama muzyka i naszym dzieciom czegoś zabraknie. Akcji, szybkości, tempa, zmieniających się obrazków.
Argument, że dzięki temu dziecko choć na trochę oderwie się od gier i komórek też do mnie nie przemawia – po coście mu je, drodzy rodzice, wciskali w maleńkie łapki, kiedy tylko nauczyło się siedzieć?

Twierdzenie, że zwykły koncert będzie dla nich „za trudny” też jest bez sensu. Ludzie to robią, serio. Zabierają swoje dzieci na normalne, prawdziwe koncerty i wszyscy potrafią się tym cieszyć. Kiedy byłyśmy małe, nasz tato co tydzień pakował nas w samochód i wiózł do Wrocławia (120 km) do opery, filharmonii, czy co mu tam wpadło do głowy. Anita miała wtedy cztery lata, ja osiem. Przeżyłyśmy, mało tego, było świetnie. Dzięki, tato.

To my kształtujemy nasze dzieci, mamy ogromny wpływ na ich zainteresowania, system wartości i poczucie estetyki. I wpływamy na nie, mniej lub bardziej świadomie – każdego dnia.
Zawsze zadziwiają mnie rodzice pytający: Jak zachęcić dziecko do czytania? Jak co??? I po co? Jeśli w domu jest mnóstwo książek i dziecko widzi czytających rodziców to też tak skończy. Bo to wydaje się normą, czymś tak naturalnym jak jedzenie czy spanie. Do niczego nie trzeba zachęcać, za to ułatwiać czy wspierać – jak najbardziej.
Jeśli będziemy karmić nasze dzieci grami, nieustannie puszczanymi bajkami, grającym w tle telewizorem, imprezami, które schlebiają najniższym gustom za dwadzieścia lat obudzimy się w plastikowym, szybkim i pozbawionym uczuć wyższych świecie. Świecie, gdzie co drugiej osobie na ulicy będzie odpadał nos wskutek nadużyć dobrodziejstw medycyny estetycznej, co chwilę będziemy słyszeć huk gdzieś niedaleko eksplodujących piersi czy pośladków, i tam też, pomiędzy tymi pośladkami będziemy mieć innych ludzi, bo przecież tylko ja jestem ważny, tylko ja! – na budowanie relacji czy więzi potrzeba czasu, a nikt go przecież dla innych miał nie będzie.

Nie upraszczajmy dzieciom świata, pokazujmy go im (selekcjonując, rzecz jasna) takim jakim jest. Traktujmy je poważnie i z szacunkiem. I niech wszystko będzie na właściwym miejscu.
Niech telewizja będzie w telewizji, filharmonia w filharmonii, niezwykłe przygody na placu zabaw czy na łące – a nie w grach, a relacje międzyludzkie pomiędzy żywymi ludźmi a nie wirtualnymi bytami.
To, co dziś oglądają, czego słuchają i czym się bawią nasze dzieci jest nierozerwalnie związane z tym, w jakim świecie przyjdzie nam się zestarzeć, a im – żyć.
I dziś jeszcze mamy na to wpływ, nie spieprzmy tego.

PS Wiem, że filharmonia musi zarabiać, ale może dałoby się to zrobić w sposób bardziej hmm… kulturalny? Mniej przypominający jarmark na którym pokazuje się babę z brodą?
PS 2 Nie każę nikomu ciągnąć dzieciaka na Wagnera czy Pendereckiego – żeby nie było, że jestem jakąś snobką;)

xxx
Adriana

Adriana i Anita

Uwielbiamy dobre jedzenie, podróże, dobre książki, kochamy drzemki, Leszka Możdżera, siedzenie pod jabłonią przy herbacie i tarcie z borówkami - jeszcze lepiej, jeśli trafi się Pavlova :)