Mama była zbójem, synku… Jak inspirować dziecko?

Wieczorami, po czytaniu na dobranoc opowiadam mojemu pięcioletniemu synkowi historie. Historie prawdziwe, rodzinne. Ważne jest dla mnie by wiedział, gdzie są jego korzenie, by czuł „ciągłość”, miał świadomość tych wszystkich ludzi, którzy byli przed nim, bo wtedy nigdy nie poczuje, że jest sam.
Często właśnie takie historie, oprócz samej „historii” niosą głębsze treści, można je świetnie wykorzystać, by pokazać, wyjaśnić – nie wprost, pewne rzeczy. I by zainspirować. I o ile z historiami o moich bliskich nie mam problemu, to z opowieściami ze swojego życia już tak, a tych Milo chce słuchać najczęściej.

I co mam mu opowiedzieć?

Jak babcia pewnego razu poszła do sklepu a ja ubrałam wszystkie jej złote pierścienie (prawdziwe, dobre ruskie złoto) i ruszyłam w tany po łące, śpiewając wniebogłosy i rozrzucając siano? I gubiąc bezpowrotnie prawie całą biżuterię (jeno jeden pierścień się ostał)…
Czy jak namalowałam olejem rycynowym na ścianie naturalnej wielkości portret babci? I co pomalowali ścianę, to babcia wyłaziła, jak żywa. I tak 77 razy, aż skuli tynk. Wtedy wyłaził już tylko kawałek głowy.
A może jak rodzice przywieźli nas do babci na wakacje i jeszcze tego samego dnia babcia zażądała, by zabierać nas z powrotem? Bo podczas gdy dorośli pili kawę, my wzięłyśmy stary, ogromny ponton i urządziłyśmy spływ dorzeczem Amazonki na rzece obok domu (odnaleziono nas po 6 godzinach, ach, ta wyprawa była świetna).
Albo jak podczas powodzi zrobiłyśmy z kuzynkami węża z naszych ciał (w trosce o bezpieczeństwo) i wsadziłyśmy Anitę do rwącej rzeki by wyłowiła płynącą raźno plastikową świnkę?
A może, że miałam bandę dziewczyn, która tłukła się z chłopakami na kamienie i kije i na – a, dobra, nieważne.
Czy jak z Anitą smażyłyśmy sobie makaron nad świeczką w domku na szafie?
Czy jak wiecznie po nocach czytałam książki pod kołdrą przy świetle latarki?
Czy może jak, gdy mieszkałam w Srebrnej Górze, urządziliśmy z dzieciakami zawody: kto przebiegnie bliżej przejeżdzającego samochodu? (a warunki były dobre, bo odbywał się wtedy regularny wyścig samochodowy).

Takie mam historie. Głównie . A tymczasem opowiadam mojemu dziecku jakieś farmazony, żeby go licho nie podkusiło. Wiecie, jak to jest z inspiracjami. Trochę się obawiam, że moje historie mogłyby podsunąć mu pomysły, które nie będą dla nas dobre.
Wiem, że będzie popełniał błędy i prawie jestem na to gotowa, ale nie chcę być tego, w pewnym sensie, przyczyną, a to jeszcze ten etap, gdy rodzice są dla dziecka wzorem.
Z drugiej strony, nie chcę, by wyrósł na nudziarza (no nie chcę, no).
Co Wy opowiadacie swoim dzieciom? Jakie historie o sobie?

Jest jeszcze trzecia strona – chcę, by mój syn uważał mnie za interesującego, wartościowego człowieka, ciekawą osobę. Czy tak będzie, gdy wciąż słyszy jakieś drętwe, grzeczne historyjki z mojego życia, które nie mówią nic o tym, kim naprawdę jestem? Bo mama, to mama, wiecie. Każdego dnia patrzy na mnie i widzi mamę, przede wszystkim.
I teraz gdy np. mówię mu, że przez kilka lat trenowałam taekwondo, albo, że z jego tatą poznaliśmy się przy okazji wspinania w skałach jego usta mówią: Mamo…, a oczy: Nie zmyślaj…

 

PS Wiem, oczywiście, że inspirujemy też (jeśli nie głównie) swoim postępowaniem, swoim życiem, ale dziś skupiam się jedynie na aspekcie werbalnym 🙂

xxx
Adriana