Tajemnice gazet i książek kulinarnych

Kupujecie gazety i książki kulinarne? Macie ulubione tytuły? Czułyście się kiedyś „nabite w butelkę”? My na wszystkie pytania odpowiadamy: tak!
Anita z racji swoich zainteresowań od lat prenumeruje kilka tytułów, jest więc w tej dziedzinie dość dobrze zorientowana. Ja mniej, ale chętnie z jej dóbr korzystam.
I o ile ona używa metody „szkiełko i oko”, czyli analitycznie podchodzi do przepisów, ja po prostu oglądam fotografie. Przyznaję się bez bicia – jem oczami, to raz, a analitycznie podchodzę tylko do samej kompozycji zdjęcia.
Dzięki temu osiągamy interesujące rezultaty – Anita patrząc widzi od razu, że coś jest niewykonalne (bo na przykład przy surowej – jak w przepisie – żurawinie koktajl nigdy nie będzie miał takiej konsystencji ani koloru), albo że jest za dużo cukru, albo że ciasto będzie niedobre, po prostu.
Ja widzę sztuczki zastosowane przez fotografa – użyte na zdjęciu składniki, których nie ma w przepisie, mające wprowadzić określony kolor by danie prezentowało się bardziej atrakcyjnie; cześć składników umieszczona na podpórce znajdującej się wewnątrz dania, by je lepiej wyeksponować i takie tam;)
Zbyt często można trafić w prasie kulinarnej na gnioty, których wykonanie będzie tylko stratą czasu i pieniędzy. Anita jest na to wyczulona szczególnie, jako że bardzo swój czas szanuje, a przede wszystkim jest gorącą orędowniczką idei niemarnowania jedzenia i poszanowania dla żywności. Wszystkie dania, które przygotowujemy na potrzeby sesji są przez nas zjadane, nie stosujemy żadnych sztuczek, które uczyniłyby potrawę niejadalną za cenę jej upiększenia albo lepszej kompozycji.
Między nami toczy się cały czas swoista walka – ja chcę, by danie wyglądało atrakcyjnie, a ona – by było dobre i zdrowe. To dobra walka, która bardzo nas rozwija i z której wszyscy wychodzą zwycięsko – zawsze musimy znaleźć złoty środek, by spełniało oczekiwania nas obu. Nie przejdzie więc zabieg usunięcia np. z sałatki składników, które nie pasują mi do koncepcji, czy ich kolor burzy mi kompozycję – jeśli są wartościowe i budują smak dania – zostają, a ty, siostro, rób co chcesz. Prawie, bo pozbyć się ich nie mogę;)

W gazetach kulinarnych zdarzyło nam się wiele razy trafić na takie „chały”, że nie wierzyłyśmy własnym oczom. Wyglądało to trochę, jakby oszalały fotograf dał upust swojej wenie w dziedzinie tworzenia obrazu doskonałego, nie przejmując się absolutnie jadalnością potrawy, o smaku nie wspominając. Tak być nie może. To nieuczciwe w stosunku do odbiorców – i do planety, na której żyjemy. Nie ma naszej zgody na marnowanie jedzenia.

Gazety i książki kulinarne są też jednak skarbnicą cudownych inspiracji i przepięknych fotografii, dzięki którym można odkryć nowe, świetne połączenia czy dania, znaleźć nowe pomysły i odświeżyć spojrzenie na znane składniki.
O tym będziemy pisać – o gniotach i skarbach. O cudach i potworach w gazetach i książkach kulinarnych. Może dzięki temu tych gniotów będzie mniej?
Jak Wasze doświadczenia? Kupujcie gazety i książki kulinarne? Oglądacie zdjęcia czy gotujecie? Zdarzyło Wam się trafić na jakąś „mega-chałę”?

I tym samy nowy cykl można uznać za rozpoczęty – już za chwilę będziemy męczyć styczniowo-lutowy numer GoodFood:)

xxx
Adriana

 

Adriana i Anita

Stylistka i fotograf żywności - z miłości do jedzenia - to jedna. Dietetyk z pasji, twórca przepisów - z miłości do gotowania (i jedzenia) - to druga. Znamy się i działamy razem od zawsze, bo jesteśmy siostrami. Thanks Mum:)