Australia – czy warto tłuc się samolotem przez 30 godzin?

Tak, trzydzieści. Niby nie tak dużo (do Nowej Zelandii lecieliśmy czterdzieści pięć godzin, na Reunion też sporo i jeszcze do tego zgubili nam bagaże), ale jednak niemało. Czego się jednak nie robi, żeby spełnić męskie marzenia…;)
Głównym celem naszej podróży był bowiem  Ultra-Trail Australia – 100-kilometrowy ultramaraton, którego trasa wiedzie przez malownicze, wpisane na listę dziedzictwa narodowego UNESCO góry Blue Mountain. Udział w tym biegu miał przybliżyć mojego męża do zdobycia korony ultramaratonów górskich na świecie – czyli przebiegnięcia pierwszych 12 biegów w cyklu UTWT (Ultra Trail Word Tour).
Celem numer dwa jak zawsze – i w tym przypadku – było zwiedzanie kraju w którym bieg się odbywa. Zawsze staramy się realizować oba te cele, choć z różnym skutkiem. Tym razem wszystko poszło o tyle dobrze, że nie odwołano biegu ani nie skrócono trasy. Noo… to już połowa sukcesu, bo w naszej biegowo-podróżniczej historii różnie bywało. Ale nie o tym jest ta opowieść.

Od początku… Sydney!

Przed biegiem postanowiliśmy zwiedzić Sydney. Spędziliśmy tam cztery dni i dzięki temu udało nam się poczuć klimat miasta. Po przyjeździe do hotelu Krystian zauważył, że w okolicy znajduje się nadzwyczaj dużo tęczowych flag… Faktycznie, okazało się, że nasz hotel znajduje się w gejowskiej dzielnicy w której, jak mieliśmy okazję się przekonać jest bardzo dużo barów i restauracji, serwujących jedne z pyszniejszych posiłków w całym mieście. Jeśli chcecie zjeść coś naprawdę dobrego w Sydney to właśnie w tej dzielnicy – Darlinghurst. Dobre jedzenie jest tam regułą, bo nie chce mi się wierzyć, że mieliśmy tyle szczęścia.
Sydney to miasto w którym nie widać tłumów ludzi i nie czuć, że przebywa się w mieście liczącym ponad 5 milionów mieszkańców. Poza tym ludzie są bardzo przyjaźni, uśmiechnięci i radośni. W mieście daje się odczuć atmosferę zdrowego stylu życia, wielu mieszkańców uprawia sport, na ulicach i w parkach widać wielu biegaczy i cyklistów. Jedną z bardzo popularnych tras biegowych jest ogród botaniczny graniczący ze znaną w całym świecie operą. Jest przy tym bardzo urokliwym miejscem a ilością biegaczy obydwoje byliśmy zaskoczeni (choć widok ten nie robi na nas zazwyczaj wrażenia – wiadomo dlaczego).

Co warto zobaczyć w Sydney? Z pewnością trzeba pokręcić się po mieście, zwłaszcza po starówce, w której szczególnie urokliwa jest dzielnica portowa.
Warto przeznaczyć też trochę czasu na ogród botaniczny w sercu miasta ze wzgórzem z którego widać gmach Opery Sydney –  znajdziemy tam bajeczne kolekcje, na przykład paproci lub roślin kwitnących, tworzących piękne, kolorowe dywany. W ogrodzie są też wielkie przestrzenie do wypoczynku. Przy wejściu do parku napisane jest że jest to miejsce dla Ciebie, korzystaj w niego tak jak uważasz… to niesamowite, bo zazwyczaj w podobnych miejscach można spotkać raczej serię nakazów i zakazów.
Będąc w śródmieściu dobrze byłoby również  zajrzeć choćby na chwilkę do Queen Victoria Building, który robi oszałamiające wrażenie – podłogi, ściany, okna i witraże wykonane z niezwykłą prezycją i klasą. Obecnie w budynku mieści się galeria handlowa. My mieliśmy okazję doświadczyć koncertu pianistycznego, który odbywał się w holu, aby umilić zwiedzającym czas.
W Syndey i jego okolicach jest też wiele tras trekkingowych. My wybraliśmy Manly Scenic Walkway – trasę wiodącą ze Spit Bridge do Manly. Piękna, bardzo malownicza trasa o długości 10 km, która wiedzie wzdłuż wybrzeża. Niezwykła roślinność i cudowne widoki oraz kilka pięknych, piaszczystych i przede wszystkim bezpiecznych (czytaj: wolnych od krokodyli) plaż powoduje, że warto wybrać się na tę przechadzkę. Trasa nie jest trudna a jedynie czasochłonna. Samo Manly jest również godne uwagi, ma klimat małego miasteczka, a jest to przecież część dużego miasta. Warto zarezerwować sobie cały dzień, pokąpać się w zatoce, zrelaksować i wrócić do centrum Sydney promem, szczególnie w porze zachodu słońca. Nam się udało i przyznaję, że zachód słońca na promie był bardzo widowiskowy. Szczególnie, że byliśmy już zmęczeni całym dniem i była to niezwykła chwila wytchnienia, połączona z kulinarną ucztą…

australia czy warto, sydney

australia czy warto, sydney

australia czy warto, sydney

australia czy warto, sydney, opera

australia czy warto, sydney noca

australia czy warto, sydney opera

australia czy warto, sydney

Blue Mountain

Dotarcie z Sydney do Katoomba zajmuje około 2 godzin pociągiem. Jest to małe miasteczko, które klimatem przypomina inne górskie miasteczka z których wyruszają górskie wyprawy (takie jak Chamonix czy wiele innych). Tak wiele słyszałam o tym miejscu, o niezwykłych widokach, pięknych trasach trekkingowych, eukaliptusach, dzikiej przyrodzie… Niestety na miejscu okazało się że jest zimno, leje deszcz i nie zapowiada się zmiana pogody. Zimno i deszcz mi nie przeszkadzały, gorzej z chmurami, które wisiały nisko nad górami i uniemożliwiały zobaczenie czegokolwiek. Szczęśliwa nie byłam, nie ma co kryć. Być u celu i nie zobaczyć tego wszystkiego… a przecież tym razem nie mieliśmy czasu na to, aby zostać w górach na dłużej licząc na zmianę pogody. Następnego dnia rano było jeszcze gorzej. Woda lala się z nieba niemiłosiernie.
I nagle, jakbym przeniosła się do innego świata, z każdą chwilą robiło się coraz cieplej, jaśniej, przestało padać i wyszło słońce. Chmury rozeszły się i zobaczyłam to, po co tam przyjechałam. Nie na darmo Park Narodowy Gór Błękitnych (Blue Mountains National Park) znajduje się na liście dziedzictwa przyrodniczego Unesco. Fantastyczne wodospady, wielkie, dzikie urwiska, rozległe wąwozy no i Trzy Siostry – czyli trzy gigantyczne formacje skalne, które górują nad porośniętą eukaliptusami doliną i zimne, rześkie powietrze pachnące olejkiem eukaliptusowym – fanatastyczne!

Aby doświadczyć Gór Błękitnych warto nie tylko przejść się jedną lub kilkoma z wielu wytyczonych tam tras. Równie wartymi uwagi są trzy różne kolejki górskie, w tym Scenic Railway – najbardziej stroma trasa kolejki linowej na świecie, której nachylenie przekracza 50 stopni i wierzcie mi, że to robi wrażenie.

australia czy warto, blue mountain

australia czy warto, blue mountain

australia czy warto, blue mountain

australia czy warto, blue mountain

australia czy warto, blue mountain

Muchy, drożyzna, pustynia i mistyczne doświadczenia

Naszym kolejnym celem podróży był jeden z największych monolitów na świecie – Ayers Rock – zwany przez Aborygenów – Uluru. To święta góra Aborygenów, która w zależności od pogody i pory dnia zmienia kolor z intensywnie czerwonego przed zachodem słońca w słoneczny dzień, przez kolor piaskowca o wschodzie słońca aż po czarny podczas deszczu. Znajduje się w centralnej części Australii i można tam dotrzeć dwiema drogami: trzygodzinnym lotem z Sydney lub przez wiele dni pokonując bezdroża i pustynne obszary Australii. My wybraliśmy samolot, ale tylko z powodu braku czasu, ponieważ australijski outback jest moim marzeniem, które, mam nadzieję, kiedyś się spełni.
Już z okna samolotu Uluru robi wrażenie: bezkresna, czerwona pustynia i na niej wielka czerwona skała. Jest bardzo gorąco, nawet w maju, czyli podczas australijskiej jesieni. No i te muchy. Takie miniaturki tych naszych polskich much, tyle, że występują w nadzwyczaj wielkich ilościach i są bezlitosne – siadają wszędzie, na ubraniu, skórze, pchają się do nosa , oczu i ust. Bardzo dobrym rozwiązaniem jest zakup siatki ochronnej, którą nakłada się na głowę, i która zabezpiecza całą głowę i twarz aż po szyję. Są dostępne w większości sklepów i na stacji benzynowej w Uluru (na stacji benzynowej najtaniej). Co jest jeszcze bardzo specyficznego w Uluru? Otóż wysokie ceny. Ponieważ cała infrastruktura, która powstała na tej pustyni, w tym lotnisko, kompleks hoteli, restauracji, wypożyczalni samochodów i sklepów powstał wyłącznie do obsługi turystów planujących zobaczyć Uluru lub leżący nieopodal kompleks Kata Tjuta (The Olgas),  to z tej przyczyny ceny dosłownie wszystkiego są bardzo wysokie w porównaniu z cenami w innych miejscach w Australii. I to począwszy od noclegów, poprzez wynajęcie samochodu aż po zwykłą wizytę w supermarkecie. Dlatego należy przygotować się na większy wydatek, ale naprawdę warto doświadczyć tego wszystkiego, nawet much i drożyzny, aby zobaczyć Uluru. Nam udało się zobaczyć tę skałę o każdej porze dnia, widzieć jak zmienia kolory, a nawet obeszliśmy ją dookoła, co jest postrzegane jako oddanie szacunku pierwotnym mieszkańcom tej ziemi – Aborygenom.
Wędrówka dookoła Uluru jest doświadczeniem niezwykłym, a wręcz mistycznym. Warto zabrać ze sobą duży zapas wody, ponieważ jest naprawdę gorąco i marsz często odbywa się w pełnym słońcu. W kilku miejscach znajdują się ujęcia wody pitnej, w których można uzupełnić zapasy wody. Cała wędrówka zajęła nam ponad 3 godziny i był to marsz dość szybki (zgodnie ze wskazaniami przewodników zajmuje to około 4,5 – 6 godzin). Postanowiliśmy też uszanować oczekiwania Aborygenów – właścicieli tego obszaru i nie zdobywać szczytu góry, ponieważ zgodnie z ich wierzeniami, tylko Przywódca ma do tego prawo. Widzieliśmy, że wielu turystów to jednak robiło – pomimo tablic z informacjami i prośbami miejscowego ludu aby zaniechać zdobywania szczytu Świętej Góry. Cóż…

   australia czy warto, ayers rock, uluru

australia czy warto, ayers rock, uluru

australia czy warto, ayers rock, uluru

Gdyby ktoś w tym miejscu zapytał mnie, jak mi się podoba Australia i czy warto tłuc się samolotem przez 30 godzin, bez wahania odpowiedziałabym: tak! A najlepsze było dopiero przed nami… Podróż kamperem przez las tropikalny, grasujące wszędzie kazuary, przepyszne, świeże, bardzo egzotyczne owoce, białe plaże, nurkowanie w Wielkiej Rafie Koralowej – o tym następnym razem, zostańcie z nami 🙂

xxx
Anita

 

Anita