Kamperem przez Australię – las tropikalny, kazuary i wielki błękit

Kiedy myślę o Australii to jedyne, co przychodzi mi do głowy (choć od powrotu minęły już ponad 4 miesiące) to poczucie że chcę tam wrócić. Odwiedziłam już wiele krajów ale po żadnej podróży nie czułam takiego niedosytu….
Może dlatego, że Australia ma tak dużo do zaoferowania, a może dlatego, że jest bardzo rozległa i odległości pomiędzy różnymi ciekawymi miejscami są tak znaczne, że nie sposób zobaczyć wszystkiego podczas standardowego 2-tygodniowego urlopu, choćby plan podróży był świetnie zorganizowany a portfel bardzo zasobny. Tak, wyjazd do Australii to konieczność znajdowania kompromisu w samym sobie i sztuka dokonywania wyborów.
A może dlatego, że ten wyjazd był trochę inny niż pozostałe. Podróż kamperem przez Australię to przygoda, którą warto przeżyć, wierzcie mi.

kamperem przez australie, australia, kamper, podroz

 

Tropikalny las z kazuarem w tle

W północnej części Queensland (na północ od Cairns) położony jest Daintree National Park. To szczególne miejsce z wielu powodów. Park w znacznej mierze stanowi dziki las tropikalny i piękne plaże, na których nie można się kąpać ze względu na ryzyko spotkania z niebezpiecznymi krokodylami. Na wjeździe do Parku (jedyna droga, która do niego wiedzie to przeprawa promowa przez rzekę) jest kilka ostrzeżeń. Dotyczą one głównie krokodyli i prastarych ptaków – kazuarów. To jedne z największych i najbardziej niebezpiecznych ptaków na świecie. Występują wyłącznie w Australii, Nowej Gwinei i na wyspach pomiędzy nimi.
Wpadłam po uszy – tak bardzo zafascynowały mnie te ptaki. Bardzo chciałam zobaczyć kazuara występującego w jego naturalnym środowisku, z drugiej jednak strony wiedziałam, że spotkanie takie może być śmiertelnie niebezpieczne. Ptak ten może mierzyć nawet 170 cm wzrostu i ważyć około 60 kg. Ma mocne długie nogi, trzypalczaste stopy z długim środkowym palcem zaopatrzonym w potężny pazur. Kazuar który czuje niebezpieczeństwo atakuje, najczęściej celując w klatkę piersiową… Takie uderzenie może zabić dorosłego człowieka.

Pobyt w Daintree National Park obfitował w wiele wrażeń. Wjechaliśmy do parku kiedy zachodziło słońce. Zanim dotarliśmy na kemping było już ciemno. Szybko odczuliśmy egzotykę i dzikość tego miejsca, szczególnie podczas przygotowywania kolacji w kuchni polowej – odczuwalna wilgoć, żarłoczne komary, które nie dawały nam spokoju, dodatkowo wielość innych owadów i odgłosy lasu tropikalnego: „szum” owadów i przerażające odgłosy ptaków.
W nocy był bardzo ulewny deszcz. Tropikalny. Na zmianę padało i przestawało i tak kilkanaście razy. Miałam wrażenie, że w nasz namiot uderza grad a przeraźliwe dźwięki wydawane przez ptaki dopełniały obrazu dzikiej przyrody lasu tropikalnego.
Następnego dnia poranek też nie był łatwy. Woda lała się z nieba okrutnie. Tak zresztą było przez cały dzień, z małymi przerwami na słońce. To jednak nie przeszkodziło nam zobaczyć mnóstwa interesujących rzeczy.
W Daintree National Park uprawia się herbatę – bajecznie wyglądają plantacje herbacianych krzewów w centrum tropików, znajduje się tam również gospodarstwo, które uprawia różne egzotyczne owoce i produkuje przepyszne, naturalne lody. Każdego dnia serwują coś innego, my mogliśmy spróbować trzech smaków: jackfruit, mango i davidson plum. Przy lodziarni jest olbrzymi sad, z opisanymi kolekcjami drzew, który ma również charakter edukacyjny. Dzięki temu można zobaczyć jak rośnie to, co przed chwilą jedliśmy w postaci lodów. Można też obejrzeć wiele innych egzotycznych roślin i drzew, zobaczyć jak rosną mangostany, flaszowce czy chociażby liczi. Dzieki temu nasza podróż kamperem przez Australię była więc nie tylko emocjonująca, ale też bardzo smaczna;)
Doświadczyliśmy też prawdziwego tropikalnego lasu: ciemnego, wilgotnego, bardzo, bardzo zielonego – wielkie rośliny, liany, porosty i paprocie oraz lasy mangrowe. Wilgoć czuć było w powietrzu i na skórze a to wszystko w bliskim kontakcie z pięknymi białymi plażami na których leżało mnóstwo wyrzuconych przez morze kawałków rafy koralowej.
Dotarliśmy też do Cape Tribulation – najbardziej na północ wysuniętej i dostępnej dla człowieka części Daintree National Park – czyli miejsca w którym rafa koralowa łączy się z tropikalnym lasem.
Kazuary towarzyszyły nam przez cały dzień – co prawda nie prawdziwe ptaki, ale informacje o ich występowaniu właśnie w tym miejscu i o sposobach zachowania, kiedy już kazuara spotkamy. W całym parku, co jakiś czas pojawiają się też ostrzeżenia, że tutaj właśnie kazuary przekraczają drogę i należy znacząco ograniczyć prędkość jazdy samochodem aby chronić je przed śmiercią. Dodatkowo zamontowane są progi zwalniające jakich jeszcze nigdy nie widziałam: są wyższe i szersze niż te, które znamy, a dodatkowo mają „zatopione” mocno wystające kamienie, co znacząco wymusza ograniczenie prędkości.

 

kamperem przez australię, australia, las deszczowy, las tropikalny

kamperem przez australię, australia, las deszczowy, las tropikalny

kamperem przez australię, australia, las deszczowy, las tropikalny

kamperem przez australię, australia, las deszczowy, las tropikalny, mangostan

kamperem przez australię, australia, las deszczowy, las tropikalny

kamperem przez australię, australia, las deszczowy, las tropikalny

Spotkanie z Wielkim Ptakiem

To był nasz ostatni trekking tego dnia i robiło się już szaro. Zmysły mieliśmy wyostrzone, ponieważ pewna napotkana przez nas kobieta powiedziała nam szeptem, że kazuar jest blisko, bo jacyś ludzie przed chwilą widzieli go na parkingu dla samochodów. Powiedziała nam też, że jeśli będziemy cicho, to z pewnością go spotkamy. Szliśmy przez las ostrożnie i powoli. Słyszałam jak mi serce wali z emocji, czułam, że za chwilę zobaczę tego wielkiego ptaka i bałam się strasznie. W pewnym momencie usłyszeliśmy go. Dźwięk jaki wydawał był groźny, przeraźliwy. Niski. Jakby ziemia dudniła – czuć było w powietrzu zagrożenie, aż włos się jeżył na skórze. Wędrowaliśmy szlakiem dalej, słysząc, że kazuar oddala się od nas, albo my od niego. W takiej atmosferze szliśmy dalej, nasłuchując tego co dookoła nas i walenia własnych serc. Kiedy szliśmy już ponad 30 minut i nie było widać końca naszego szlaku a robiło się coraz ciemniej i tym samym groźniej…
Nagle w krzakach usłyszeliśmy szamotaninę i groźne, dzikie dźwięki – podskoczyłam z przerażenia, niepotrzebnie, jak się okazało, bo była to jedynie dzika locha z młodymi.
Niestety finalnie nie widzieliśmy kazuara, ale go słyszeliśmy i wiemy że był bardzo, bardzo blisko. Dobre i to.

kamperem przez australię, australia, las deszczowy, las tropikalnykamperem przez australię, australia, las deszczowy, las tropikalny

kamperem przez australię, australia, las deszczowy, las tropikalny

Wielki Błękit

Ostatnim punktem naszej podróży była Wielka Rafa Koralowa. Cały dzień spędzony na łodzi, słońce, woda, nurkowanie. Wszechobecny wielki błękit, obrazy, które zostaną ze mną na długo. Piękny, delikatny i wrażliwy podwodny świat. Młoda niemiecka turystka, która odłączyła się od naszego nurkującego zespołu i napędziła nam trochę stracha i 150-letnia małża, która przy nas zamknęła się z taką szybkością, jakiej nie podejrzewałabym w podwodnym świecie.
To był najbardziej magiczny, relaksujący, pełen słońca i spokoju dzień naszej podróży. Był to też dzień obcowania z przemijaniem – miałam świadomość, że kiedy odwiedzę Australię następnym razem, to podwodne życie, które mogłam podglądać nie będzie już takie samo – mam nadzieję, że będzie w ogóle.

Myślę, że mam w sobie dość pokory podróżnika, który wie, że aby poznać dany kraj – trzeba w nim zamieszkać. Natomiast podczas podroży i zwiedzania danego miejsca na ziemi możesz jedynie złapać kilka chwil, smaków, zapachów i zachować w pamięci kilka obrazów.
Wiadomo, że czasami więcej a czasami mniej – wiem o tym doskonale, dlatego nie narzekam, że nie zobaczyłam, czy nie doświadczyłam tego czy tamtego. Natomiast tym razem jest trochę inaczej. Chcę tam wrócić i podróżować kamperem, doświadczać życia i czuć się wolna.

rafa koralowa, rafa, kamperem przez australię, australia, ocean

rafa koralowa, rafa, kamperem przez australię, australia, ocean

rafa koralowa, rafa, kamperem przez australię, australia, ocean

 

I jeszcze na zakończenie…. Trochę informacji praktycznych

Wizę do Australii uzyskuje się przez internet. Wystarczy wypełnić formularz na stronie ambasady i w ciągu 2-3 dni wiza przychodzi do nas na wskazany adres mailowy.
Przepisy dotyczące przewożenia żywności i leków są podobne do przepisów celnych podczas wjazdu do USA (jeśli planujesz przewozić leki, musisz mieć kopię recepty na te leki). Jest również zakaz wwożenia nasion, produktów mlecznych, mięsa i ryb.
Co bardzo ważne – buty, sprzęt biwakowy, opony w rowerze muszą być dobrze wyszorowane, w innym przypadku zostaną zarekwirowane na Twój koszt do kwarantanny lub wyrzucone.

Sklepy w których warto się zaopatrywać w żywność to Woolworth, Coles i Seven/eleven (7/11).

W Sydney funkcjonuje system OPAL – karta na komunikację w całym Sydney i okolicach (dotyczy ona metra, autobusów, większości promów i pociągów). Jest możliwość doładowania jej w sklepach i stacjach metra, to bardzo łatwy w obsłudze i przyjazny system (na tę kartę dojechaliśmy również do Katoomba czyli w okolice Blue Mountains).
W Sydney bardzo popularne są wycieczki po zatoce  – można wykupić takie atrakcje w wielu biurach. Jest to jednak przedsięwzięcie nieopłacalne, ponieważ system promów jest tak doskonale zorganizowany i kursują one z taką częstotliwością, że z kartą Opal można samodzielnie przemieszczać się po interesujących nas miejscach zatoki, spędzając tam tyle czasu ile akurat uznamy za stosowne –  na przykład pół dnia na plaży w Manly (czego nie przewidują wycieczki zorganizowane przez kampanie turystyczne). Taka samodzielnie zorganizowana wycieczka jest tańsza i bardziej dostosowana do naszych potrzeb.

Uluru – warto jeszcze przed przylotem do Uluru zarezerwować samochód – na miejscu bowiem może być z tym problem. Nocleg można spróbować zarezerwować na miejscu – jest taniej. W naszym przypadku tak właśnie było, bo popularne wyszukiwarki miejsc noclegowych nie pokazywały miejsc w tych hotelach, które nas interesowały, a na miejscu okazało się, że są wolne miejsca noclegowe i to sporo.
Na Uluru warto zarezerwować sobie 2-3 dni, ponieważ na miejscu jest dużo dodatkowych atrakcji związanych z życiem Aborygenów i piękne formacje skalne, które również warto zobaczyć.

Wrócę tam.

xxx
Anita

PS Moje wcześniejsze australijskie przygody znajdziecie tutaj.