Eiger Ultra Trail okiem supportera

Planując ten wyjazd i myśląc o nim, za każdym razem widziałam siebie leżącą na kocyku na alpejskiej łące o lekkim nachyleniu, świeci słońce, a my czekamy na Krystiana, który powinien zaraz przybiec. Najważniejszą więc rzeczą, oprócz wygodnych butów, był kocyk. Stanęło na szarym, podkradzionym synkowi.

Pamiętałam, oczywiście, jakie są nasze cele i zadania, miałam okazję zapoznać się nieco z procedurami podczas Ultra-Trail du Mont-Blanc, cztery lata temu. Support podczas tego rodzaju wydarzeń sportowych ma duże znaczenie, bo pomaga zawodnikowi, nierzadko zmęczonemu czy wręcz wyczerpanemu zorganizować się na tzw. „punkcie” – trzeba mu pomóc się przebrać, opatrzyć rany, zrobić koktajl, przynieść jedzenie, załadować nowe baterie do czołówki… Dobry supporter zapomina na ten czas, że jest dyrektorem/ sopranem koloraturowym/ królową angielską/ wszystkim innym. Robi to, co trzeba, tak jak trzeba. Musi być szybki i gotowy na wszystko.
Największym problemem jest dotarcie na punkty przed zawodnikiem, ponieważ najczęściej drogi biegną dookoła gór – trasa, którą trzeba pokonać jest więc dłuższa niż zawodnika. Często są to drogi bardzo wąskie, strome – no i nie zapominajmy – jesteśmy w zupełnie nowym miejscu, więc zorganizowanie nawigacyjne też może przysporzyć trudności. Trzeba dobrze liczyć czasy zawodnika, ilość kilometrów, wysokość przewyższeń, żeby ocenić, gdzie jest szansa go „złapać”.

Tyle teorii, teraz rzeczywistość. Eiger Ultra Trail  (dystans 101 km) wystartował o 4.30 -dzika pora-, ale muszę się przyznać, że te nocne starty robią na mnie dużo większe wrażenie. Gromada ludzi, którzy biegną w ciemność, niepewność i niebezpieczeństwo rozświetlając mrok tylko światełkiem czołówki sprawia, że człowiek widzi wszystko z zupełnie innej perspektywy. Mówiąc wszystko, mam na myśli życie.

Eiger Ultra Trail, bieg, Szwajcaria, ultramaraton
Na kolejnym punkcie Krystian miał być ok. dziesiątej rano, nauczeni wieloletnim doświadczeniem czekaliśmy już godzinę wcześniej. Niestety, nie było tam typowej, alpejskiej łączki z moich marzeń, na której można byłoby się położyć by je zrealizować.
Krystian przybiegł świeży jak skowronek o świcie, jakimś cudem strasznie nas rozśmieszył (byliśmy głodni, jak jesteśmy głodni to nam nie do śmiechu), i pognał dalej. Nie było, niestety, czasu by coś zjeść, ale na kolejnym punkcie mogliśmy sobie według obliczeń Anity pozwolić na dłuższą przerwę, więc zmamieni wizją jakiegoś pysznego, ciepłego jedzenia ruszyliśmy w dalszą drogę.
A tam okazało się, że musimy gdzieś szybciutko zaparkować auto (nie było to proste) a następnie podjechać kawałek tramwajo-pociągiem, który wspina się do góry nie na zwykłych szynach, tylko wzbogaconych szyną zębatkową.
Mimo że nasza najmłodsza siostra mieszka w Szwajcarii już dobrych kilka lat, a Maio, jej chłopak, jest Szwajcarem, „ogarnięcie” się na stacji zajęło nam dosłownie 20 sekund za długo – kiedy, zziajani, wpadliśmy na peron, pociąg właśnie ruszył.
Następny miał być za pół godziny co znacząco udramatyzowało całą sytuację, bo oznaczało to, że możemy nie zdążyć złapać Krystiana – a ten punkt był, według ustaleń dietetycznych bardzo ważny. Pojechaliśmy więc następnym pociągiem i kiedy już na miejscu pędziliśmy przez miasteczko z rozwianym włosem i szczęśliwym psem, Anita w biegu sprawdziła aplikację – niestety, niestety, Krystian opuścił ten punkt 5 minut wcześniej.
Następny w ogóle nie był brany pod uwagę – za wysoko, a na kolejny nie mieliśmy szansy zdążyć. Support dał tyłka. Albo koleje szwajcarskie dały tyłka, ze swą przeklęta punktualnością. Obecny wśród nas Szwajcar żadnego tyłka dawać nie zamierzał, tylko obejrzał mapę, aplikację, plan miasteczka i za chwilę już jechaliśmy bardzo ostro w górę kolejką linową – była to jedyna szansa, by złapać jeszcze Krystiana – gdzieś wysoko, wysoko.
Pamiętajcie, że cały czas jesteśmy głodni – coraz bardziej. Na dodatek, parkując auto byliśmy przekonani, że zaraz do niego wrócimy, wzięliśmy więc  tylko torbę supporterską (ja wzięłam kocyk, oczywiście, nigdy nie wiadomo, kiedy jest czas na spełnianie marzeń – trzeba być zawsze gotowym). Nie wzięliśmy natomiast ani aparatu (dzięki ci, Apple, za Twe hojne dary – mogliśmy zrobić zdjęcia przynajmniej naszymi telefonami), ani ciepłych ubrań…

I po kilkunastu minutach jesteśmy na Männlichen, na wysokości jakieś 2300 m.n.p.m. Jest tak pięknie, że zapiera nam dech i żadne z nas już nie żałuje, że spóźniliśmy się na poprzedni punkt…

Eiger Ultra Trail, bieg, Szwajcaria, ultramaraton
Oszałamiające widoki nie są w stanie jednak znieczulić nas na tyle, żeby nie było nam zimno. I potwornie głodno. Oceniamy sytuację i decydujemy się coś zjeść, w dużym pośpiechu i napięciu, bo z Krystianem nigdy nic nie wiadomo. Na co dzień jest to człowiek godny zaufania, natomiast jeśli chodzi o ultramaratony, zdarza mu się nie dotrzymywać słowa;) – mówi, że w jakimś miejscu będzie o określonej godzinie, po czym jest tam godzinę wcześniej. Albo dwie. Albo trzy…
Kiedy wbiega na górę, niechętnie podsuwam mu mój szary kocyk, którym jestem szczelnie owinięta, by nie ostygły mu mięśnie. Nie bierze go -na szczęście!- mówiąc, że potrzebuje się trochę schłodzić. Jest w lepszej formie niż my wszyscy, prawie wszyscy – Karmelek ma się równie dobrze jak jego pan, pełen entuzjazmu i szczęśliwy z powodu tych wszystkich cudownych, skorych do głaskania ludzi, których spotkał. Karmelek, nie Krystian.
Umawiamy się już na mecie, Krystian biegnie dalej, a my zjeżdżamy wagonikiem na dół chłonąc piękne widoki i ciesząc się z dobrze wykonanej misji. Tylko moja dusza płacze, myśląc o niespełnionych marzeniach i patrząc na mój szary kocyk, którym przykryli sobie kolana Amelia i Maio. Ona jest w kurtce Anity (za małej!), oboje wyglądają na bardzo wyczerpanych, u ich stóp stoi wielki supporterski tobół i leży uśmiechniety Karmel. I jeszcze ten kocyk. Wyglądają jak bezdomni, którzy nie wiadomo jakim cudem się tu znaleźli i ze spojrzeń współpasażerów można wnioskować, że tak ich też postrzegają.

A później meta, flaga, radość z dobrego wyniku i całej przygody na Eiger Ultra Trail, podróż do Zurychu do domu naszej siostry i Maio (jak myślicie, kto prowadził pojazd? Oczywiście – ten kto był w najlepszej kondycji, czyli Kryst) , boska kolacja, trochę białego wina… A rano obudziłam się wyglądając jak Azjata, ale to już zupełnie inna historia – możesz przeczytać ją tu.

PS Bieg Eiger Ultra Trail w którym startował Krystian miał długość 101 km i  6700 m przewyższeń, Kryst był 35 w klasyfikacji generalnej.

PS2 Udział wzięli:
zawodnik: Krystian Ogły
support: Anita – żona zawodnika, Amelia, Maio, Karmelek, ja i mój kocyk.

xxx
Adriana

Eiger Ultra Trail, bieg, Szwajcaria, ultramaraton

Eiger Ultra Trail, bieg, Szwajcaria, ultramaraton

Eiger Ultra Trail, bieg, Szwajcaria, ultramaraton

Eiger Ultra Trail, bieg, Szwajcaria, ultramaraton

Eiger Ultra Trail, bieg, Szwajcaria, ultramaraton

Eiger Ultra Trail, bieg, Szwajcaria, ultramaraton

Eiger Ultra Trail, bieg, Szwajcaria, ultramaraton, pies w górach

Eiger Ultra Trail, bieg, Szwajcaria, ultramaraton

Eiger Ultra Trail, bieg, Szwajcaria, ultramaraton

grindelwald, alpy, szwajcaria, kobiety przy oknie